Poczucie ciężaru i złość matki

Po pewnym czasie pacjent dopuścił do siebie poczucie ciężaru i złości do matki za rolę dziecka-sukcesu. Uświadomił sobie, że właściwie sam nigdy nie był pewien swego talentu, ale wiara matki podtrzymywała jego fantazję wielkościową i do pewnego momentu dodawała mu sił do życia i pracy.

Dopiero po dopuszczeniu do siebie tych przeżyć pacjent był zdolny zobaczyć całość swojej relacji z matką: jak bardzo był obciążony oczekiwaniem sukcesu, ale także, jak relacja ta, pełna uwielbienia, była dla niego atrakcyjna wynosiła go ona także ponad pozycję ojca (co każdy chłopiec chętnie przyjmie, przynajmniej w pewnym okresie życia).

W tym też momencie terapii zaczęłam rozumieć powody, dla których zdecydowałam się na podjęcie terapii Erwina. Być może w trakcie pierwszej rozmowy pacjent nieświadomie, w przeniesieniu, sprowokował mnie i nieświadomie obiecał odtworzenie swojej relacji z matką. To, że mam szansę zostać taką terapeutką, która będzie miała pacjenta-sukces: wyleczy i zrozumie przypadek, którego nikt nie może ani wyleczyć, ani zrozumieć.

W tym okresie terapii musiałam wykazać wiele czujności, aby pacjent, zgodnie ze swoją tendencją idealizowania jednego obiektu, a oskarżania innego (do włączania mechanizmu obronnego splittingu -rozszczepiania obiektu na idealny i prześladowczy), tym razem nie przerzucił swego oskarżenia i odpowiedzialności za degradację życiową

izawodową na matkę. Pozostałby w tym samym punkcie, znalazłby kolejnego adresata roszczeń, prześladowcę – źródło krzywd. Odtąd praca terapeutyczna skupiona była głównie na zrozumieniu wzajemnych powiązań i paktów, interesów psychicznych, wzajemnego zaspokajania się i wzajemnej waloryzacji w relacji z matką, z byłą żoną, a teraz i ze mną.

Warto w tym momencie podzielić się uwagą na temat pracy z pacjentem głęboko zaburzonym, którego podstawowa relacja (u Erwina – z matką) jest tak idealizowana istnieje zawsze obawa, że naruszenie lub zerwanie podstawowej relacji o takim charakterze zanim pojawi się możliwość nawiązania nowej, może grozić dekom- pensacją pacjenta. Czasem więc bezpieczniejsza jest początkowo ochrona tej idealizacji niż podważenie całej relacji, grożące przy tak skumulowanej i stłumionej agresji wobec idealizowanego obiektu.

Później w psychoterapii nastąpił okres żałoby po nim samym – wspaniałym, i godzenie się z tym, że jest przeciętny, że nie jest Van Goghiem, że nie ma partnerki. Był to długi okres terapii. Pacjent przeżywał wiele uczuć niesmaku do siebie i wstydu, z trudem rein- trojektował – umieszczaną niegdyś w żonie, a potem okresowo

w terapeutce swą pogardzaną gorszą część. Z czasem, kiedy poczuł się zwolniony z noszenia niewygodnego, „aksamitnego ubranka dla mamusi” – w przypływie energii mógł zabrać się za malowanie. Po paru latach ułożył sobie życie, nabrał także poczucia humoru na swój temat, poprzednio zupełnie mu obcego.

Leave a Reply