Pacjent i jego depresja

Po kilku miesiącach seanse analityczne stały się coraz bardziej monotonne, puste i męczące wskutek powtórzeń i samoobwiniania się pacjenta. Nie miał już nic więcej do powiedzenia i obawiał się tylko, czy nie zostanie przeze mnie odrzucony. Spowodował nawet, że zatelefonował do mnie jego psychiatra z pytaniem, czy nie mógłbym go jakoś pobudzić i coś więcej dla niego zrobić. Mogłem jednak tylko rozmawiać z nim, towarzyszyć mu w jego cierpieniach, traktować poważnie jego depresję, wytrzymując ją razem z nim i próbować co nieco zrozumieć z tej rozpaczliwej sytuacji. Ale niewiele wówczas rozumiałem. Zauważyłem jedynie z jak wielką wytrwałością pacjent wyrażał godzina po godzinie jedno i to samo zagrożenie: że żonie jego grożą tortury ze strony totalitarnego reżymu jego ojczystego kraju, w czasie przyszłych jej odwiedzin tam. Moje próby zinterpretowania tego w ramach mechanizmu przeniesieniowego, także ze względu na oczekujące go rozstanie wakacyjne, były odrzucane. Nie dopuszczał bym ułatwiał sobie zadania terapeutyczne przejrzystością materiału analitycznego.

Jego początkowo ciche odrzucanie mnie przerodziło się w ataki, którymi chciał mnie zranić, odebrać wszelką nadzieję: zupełnie nic dla niego nie robię, a jedynie przesiaduję seanse te półtora roku nic mu nie dało ten i ów kolega naprawdę mu pomógł, natomiast ja żądny jestem jedynie smakowitych kąsków do interpretacji. Moja żona to luksusowa k…, która – podobnie jak jego matka – urządziła się wygodnie w życiu, podczas gdy ja muszę się męczyć z pacjentami. Szczytem niszczącego mnie wyroku było stwierdzenie, że nie mam uczuć, jestem zimny, wzbudzam politowanie. On sam cierpiał przez całe lata z powodu takich pogrążających go zarzutów. Ojciec, którego dotąd kochał i podziwiał, wytknął mu to, gdy miał 18 lat. Potem doszło do ostatecznego zerwania z rodzicami, gdyż przez matkę od samego początku nie czuł się kochany. Takie oskarżenia i zarzuty trwały przez wiele godzin i często towarzyszył im ironiczny uśmieszek. Wyraźnie delektował się tym ranieniem i znęcaniem się nade mną. Pod stałym ostrzałem coraz trudniej przychodziło mi „utrzymanie jego i siebie przy życiu”. Moje nadzieje, że w końcu jednak mu pomogę, zanikały. Samemu sobie zarzucałem, że oto znowu wziąłem na głowę zbyt trudnego pacjenta ii zarzekałem się, że nigdy więcej tego nie zrobię.

Leave a Reply